30.09-1.10.2006
Sobota: Puławy - Janowiec - Kazimierz Dolny nad Wisłą: 25km
Niedziela: Kazimierz Dolny nad Wisłą - Nałęczów - Lublin: 70km

Gdyby nie pierwsze żółto - czerwone liście na drzewach, mogłoby się zdawać, że to przełom lipca i sierpnia. Do Puław przyjechaliśmy już w piątek wieczorem, by w sobotę zacząć naszą wycieczkę. Ale wcale nie od pedałowania, a od zwiedzania rzeczonej miejscowości - ładny park w stylu angielskim z trochę mniej ładnym pałacem Czartoryskich, którego lata świetności niestety chyba już dawno minęły. Pierwszy dzień to tylko taka mała rozgrzewka, gdyż Kazimierz Dolny i Puławy dzieli od siebie zaledwie kilkanaście kilometrów. My jednak mieliśmy do pokonania 25 km i... Wisłę! Jak się okazało dopiero na miejscu, poziom wody w rzece był w tych dniach tak niski, że nie kursował prom, który miał przeprawić wszystkich uczestników i ich rowery przez rzekę. Na próbę rowerem "wpław" było jednak jeszcze trochę za głęboko. Deus ex machina, albo, jak kto woli dzięki prawu popytu i podaży, na drugą stronę Wisły przetransportowały nas i nasze rowery mniejsze i lżejsze od promu łódki, o których istnieniu dowiedzieliśmy się na brzegu wypatrując rozpaczliwie ratunku. I w ten oto sposób Kazimierz stanął przed nami, a może my przed nim, w całej swojej okazałości. Krótkie wspólne zwiedzanie, a potem... całe błogie popołudnie wśród kazimierzowskich kamienic, kawiarni i wąwozów. I jak tu po takim leniwym dniu jechać dalej następnego dnia? Zwłaszcza, że odcinek z Kazimierza do Lublina był już nieco dłuższy niż 25 km, a wzniesienia Lubelszczyzny chyba wszystkim dały się we znaki. Na szczęście chwila odpoczynku w Nałęczowie wszystkim dobrze zrobiła i na czas dotarliśmy do Lublina, by stamtąd pociągiem wrócić do domu.